Podróże

Auto Stop Race 2018 – Chambéry, Francja cz.1

Z Francji pochodzą nasze pierwsze wykonane aparatem zdjęcia. We Francji też miałyśmy pierwszy, dłuższy przystanek. W zasadzie to nawet dwa. Spędziłyśmy tam wystarczająco dużo czasu, by móc powiedzieć, że Auto Stop Race 2018 był dla nas francusko-włoską przygodą. 

Muszę Wam zdradzić, że mam pewną niechlubną tradycję. Większość moich podróży, szczególnie tych autostopowych, rozpoczynam zarwaną nocą. Jedni powiedzą, że to stres, inni z kolei, że ekscytacja. U mnie to raczej walka z czasem. Rok temu na Auto Stop Race 2017 pakowałam się dwie godziny przed rozpoczęciem wyścigu. Podsumowując, ani stres, ani ekscytacja, to czyste szaleństwo. Co roku przed wyjazdem w pośpiechu zamykam wszystkie sprawy związane z pracą, wysyłając tuż przed startem ostatnie gotowe prace do klientów. I niech nikt mi nigdy nie mówi, że podróżują tylko ci, którzy nie mają obowiązków! Ja ich miałam i mam zawsze po uszy.

Moja siostra, która jechała w tym roku ze mną, spała w pokoju obok. Kiedy się obudziła, przyspieszyłyśmy tempa. Jest coś takiego w samym momencie, w którym wszystkie pary mają ruszyć, że nie możesz w to wprost uwierzyć. Szczególnie w to, jak tyle osób ma się jednocześnie wydostać autostopem z tego samego miasta. Rok temu do 20 nie udało mi się wyjechać poza okolice Wrocławia… W tym roku poszło łatwiej, ale to, w jaki sposób, zachowam w tajemnicy. 😉

Na stopa w kurniku

Kiedy udało nam się już dostać w okolice granicy polsko-niemieckiej, kolejnym naszym „stopem” był kurnik. Wiedziałyśmy już, że zmierzamy w stronę Francji, dlatego słysząc od dwóch chłopaków, że jadą na Paryż, zabrałyśmy się z nimi. Warunek był jednak taki, że jedna z nas siedzi w kurniku.

Czym był kurnik? Chodziło o miejsce do spania w ciężarówce, które usytuowane jest nad głową kierownicy i pasażerów. Nawet nie wiecie, jak szczęśliwa byłam na myśl, że mogę odespać choćby część nocy. Później się oczywiście z siostrą zamieniłyśmy, ja zeszłam „na dół”, porozmawiać z chłopakami, a ona wdrapała się na górę spać. Podróż mijała nam dobrze. W ogóle miałyśmy poczucie, że złapałyśmy wiatr w żagle i później pójdzie jak z górki. Ale nie poszło.

Wysiadając na stacji w okolicach Metz (Francja), okazało się, że znajdujemy się po złej stronie autostrady. Na miejscu spotkałyśmy autostopowicza z Chile, który dosadnie nam to uświadomił. Z racji tego, że jechałam całą drogę z welonem przy plecaku, pytał się najpierw, czy ja naprawdę wychodzę za mąż. Cóż rzec, różne szaleństwa się ludziom w życiu przydarzają – jedni podróżują, drudzy się żenią, a trzeci robią to wszystko jednocześnie.

Okazało się, że czeka nas noc na stacji

Moja siostra była przerażona i zupełnie nie podobało jej się przechodzenie przez autostradę. Nic innego jej jednak zaproponować nie mogłam, dlatego biorąc cały nasz ekwipunek, ruszyłyśmy w stronę drogi. Gdy się nam już udało, okazało się, że czeka nas noc na stacji. Rozłożyłam się więc wygodnie na podłodze, wdrapując do śpiwora, a moja siostra w lekkiej panice powtarzała, że chyba tu nie zaśnie. Zabawne jest to, że nie tylko spała dobrze, ale i za tą ciepłą stacją szybko zatęskniła.

Poniżej realia spania na stacji. Było mi tak wygodnie i tak dobrze, że zasnęłam w 5 minut. Tyle mogłabym powiedzieć, gdy pytają mnie, czy odczuwam stres w trakcie wyjazdów.

Kolejny dzień to kolejne przygody. Muszę Wam zdradzić, że chyba moją ulubioną porą dnia w trakcie autostopowania są poranki. W ogóle kocham ten moment, kiedy noc już się skończyła, dzień dopiero zaczyna, a na zewnątrz panuje przyjemny chłód, unosi się mgła, na trawie leży rosa. Dla mnie to definicja życia w ogóle, ale o tym opowiem Wam innym razem.

Negrita, mająca 80 lat staruszka i podróż do Genewy

Kierowałyśmy się w stronę Nancy (Francja) wraz z bardzo miłym chłopakiem, który dla nadania odpowiedniego nastroju puszczał nam włoskie piosenki. Jeśli lubicie wczuć się w klimat opowiadanej historii, to polecam Wam odpalić właśnie płytę zespołu Negrita, której w aucie słuchaliśmy. To była nasza chwila – autostrada, rozwiewający włosy wiatr i podróż wprost w nieznane.

Tamtego dnia udało nam się dotrzeć przez Szwajcarię do… Francji. Byłyśmy między innymi w Genewie, do której podwiozła nas miła para staruszków. To jedna z takich historyjek, które opowiadam wszystkim wokół w formie anegdotki. Zabrała nas starsza, uśmiechnięta kobieta, w której żyłach po dziś dzień płynie młodość. To taki typ starości, o którym wszyscy marzymy. Dobrze nam się z nią rozmawiało, a temat – jak to zazwyczaj bywa – zszedł na Polskę. Pytam jej więc, czy kiedyś była w Polsce, czy miała okazję ją zobaczyć.

Ona mi z entuzjazmem odpowiada, że owszem, a dodam, że rozmawiałyśmy po angielsku. Dlatego w momencie, kiedy powiedziała, że była w… Elblągu… to trochę się zdziwiłam. Powiedziała nazwę tego miasta po polsku, idealnie podkreślając „ą” i radząc sobie z połączeniem „elbl”. Tylu obcokrajowców widziało Kraków i Warszawę, a jej udało się zwiedzić akurat Elbląg. Ja to szanuję.

Historia alpejskich króliczków

Od Genewy los trochę mniej już nam sprzyjał i udało nam się ze stopa na stopa dostać jakoś w okolice Chambéry (Francja). Tam, stojąc przy bramkach i mając w zasięgu wzroku jedynie Alpy i pędzące samochody, nie czułyśmy się zbyt pewnie. Po chwili zaczęło robić się już coraz ciemniej, zaczął padać deszcz, a my w popłochu rozkładałyśmy namiot…

Powiem Wam wprost, bo co będę ściemniać. Ja z reguły unikam rozkładania namiotu. Robię to dopiero wtedy, kiedy dotrę na miejsce docelowe, mając wokół siebie odpowiednią liczbę mężczyzn, którzy mi w tym pomogą. W trakcie tego deszczu, rozkładając go z siostrą byle szybciej, rzuciłam jej, że spoko, znam się na tym, damy radę. Mało, że robiłam to zupełnie nie tak, jak powinnam, to szalejący wraz z deszczem wiatr porwał naszą instrukcję obsługi na jezdnie. Agata biegnie więc za tym mokrym już kawałkiem papieru, ja krzyczę „olej to!”, siłując się ze śledziami… Cyrk.

A wiecie, jak to się skończyło? Zatrzymał się motocyklista i nam ten namiot rozłożył. Koniec historii.

I to był wtedy moment, w którym Agata zatęskniła za ciepłą stacją. Rozłożyłyśmy wszystko wewnątrz, szykując się do snu, kiedy siostra zauważyła… króliki. Wiecie, nie boję się ani jednego, ani też dwóch królików, lekko obawiam się jednak całego ich stada. Były tuż obok. Dlatego po frajersku spałyśmy przy włączonym świetle, żeby w odwiedziny do królików nie przyszedł wilk.

To uczucie, kiedy spotykasz Polaka w samym centrum Alp

Budząc się wśród tych króliczków, bo w świetle dziennym okazały się całkiem milutkie, łapałyśmy stopa dalej. Udało nam się jednak dostać w przód raptem kilkanaście kilometrów. To naprawdę było słabe miejsce, by wydostać się gdziekolwiek. Możecie więc sobie wyobrazić, jaką radość przyniósł nam widok zatrzymującego się na stacji auta z polskimi blachami.

Pobijam i pytam po polsku, bo co się będę rozdrabniać, czy kierowca mówi po polsku. Okazuje się, że mówi, że ma na imię Kuba i że chętnie nam pomoże. Jego pomoc okazała się jednak o wiele większa, niż nam się wydawało, bo nie tylko zapewnił nam dalszą podwózkę, ale i nocleg, zwiedzanie po uroczych okolicach Chambéry i nawet przyjemną imprezę.

Okolice Chambéry są piękne. Połączenie wody i gór należy do moich ulubionych. Szczególnie wtedy, kiedy czas może się na chwilę zatrzymać. Z jednej strony wiem, że Auto Stop Race 2018 to wyścig, dlatego liczy się jak najlepsze miejsce, ale z drugiej wiem również, że szkoda odmawiać sobie przygód po drodze. Dla mnie najlepszym, co autostop może mi zaoferować, jest właśnie ta nieprzewidywalność. Nie wiesz, co zdarzy się następnego dnia, następnej godziny, dlatego możesz odpuścić i cieszyć się tym, co tu i teraz. Jakkolwiek trywialnie to nie brzmi, to tak właśnie jest.

Nie chcę zdradzać zbyt wiele szczegółów z naszego pobytu w Chambéry u Kuby i jego kolegi Alexa, bo pewne rzeczy warto po prostu utrzymać w tajemnicy. 😀 Jedną jednak sprawą się z Wami podzielę. Chambéry to jest piękne, francuskie miasteczko. Zawsze zazdroszczę Francuzom, że ich mniejsze miasta i wioski są tak piękne, a nasze często podupadają przez brak pieniędzy.

Na koniec oczywiście chcę Kubie bardzo podziękować, jeśli sam Kuba to oczywiście czyta. 😉 I wszystkim życzę spotykania na swojej drodze takich ludzi, jak on!

Na zdjęciach z okolic Chambéry zakończę tę część historii. Stay tuned, jak to mawiają!

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *